RSS
niedziela, 13 marca 2011
what's next.

Za każdym razem mówię sobie, że to już ostatni mój wpis tutaj. Zarówno Rovaniemi, jak i rok 2010 się skończyły, więc jaki jest sens pisania czegokolwiek na tym blogu. Pewnie go nie ma, ale co jakiś czas myślę sobie, że jednak nie potrafię tego tak zwyczajnie zakończyć. Jestem chyba za stara na pisanie pamiętnika, zbyt leniwa na codzienne wpisy na blogu...ogólnie nie wyobrażam sobie, żebym w tym względzie potrafiła kiedykolwiek wykazać się wystarczającą konsekwencją. Może dlatego wpadłam na wątpliwy pomysł kontynuowania 'roweruza75euro'. Pewnie nijak będzię się to miało do 'Rovaniemi 2010'. Jednak po chwili zastanowienia myślę, że wszystko co wydarzyło się od początku roku 2010, w pewien sposób 'ma się bardzo' do do 'Rovaniemi 2010'. Koniec końców póki się nie znudzę, póty pisać będę.

Dopiełam swego. Napisałam zdałam ostatni programowy ezgamin, napisałam pracę magsterską i obroniłam ją. Wszystko tak, jak sobie założyłam, przed końcem lutego. Nie ma wątpliwości, że nie dokonałabym tego, gdyby nie pomoc wielu wspaniałych ludzi, dla których wymienienia nie starczyłoby zwyczajnie tutaj miejsca. Na pewno im tego nie zapomnę.

Po obronie miało zmienić się bardzo dużo. Przede wszystkim miałam odczuć wielką ulgę, że w końcu się udało. Miałam też poczuć, że w końcu wyprostowałam swoje położenie w wielu kwestiach. Była wielka radość - rodziców, reszty rodziny, przyjaciół, znajomych. Wiele gratulacji. Ja w tym wszystkim gdzieś jednak poza. Przyjmowałam te ciepłe słowa trochę bez przekonania, studąc te emocje...a przecież nie miałam powodu. Może pozostało mi to po ciągłym odpowiadaniu 'nie-dziękuję, żeby nie zapeszyć'. Cieszyłam się, naprawdę się cieszyłam. Jak to zwykle ja, po prostu podeszłam do tego  dystansem. Było świętowanie. Skromne, bo jak się czlowiek broni sam, to okazuje się, że hucznego oblewania zrobić nie może. Z resztą dwa dni później byłam już w Sopocie. W poniedziałek szłam już do pracy...

Tymczasem, już drugi tydzień korzystam z dobrodziejstw popularnego L4. Moja mama mówi, że tyle mówiłam o czekających na mnie książkach, których od października nie mogłam zacząć czytać, że teraz mogę czytać do woli. To prawda, czytam dwie książki na raz. L4 wzięło się niespodziewanie, tak jak ten gips na mojej prawej nodze i zastrzyki, którymi codziennie muszę katowac swój brzuch. Podobno, jak zdarzy się nam coś dobrego, to niedługo po tym - dla równowagi - możemy spodziewać się czegoś przykrego. Ja się nie spodziewałam. Trudno przewidzieć, że o 7:50 rano, na parkingu przed marketem, jakaś kobieta po 40 zapragnie wjechać w ciebie, tak zupełnie bez żadnego ostrzeżenia. Potem tłumacząc się tylko, że nikogo nie zauważyła, bo skręcając w lewo, nie patrzyła się w tę stronę, co trzeba. W tym przypadku nie mam siły pokusić się o komentarz. Wystarczy, że przez pierwsze kilka dni rzucałam piorunami na prawo i lewo, i tylko moja mama wie, jak reagowałam na pytanie "jak Ty to zrobiłaś?". Podobny wypadek zdarzył mi się 8 lat temu i w chwili, kiedy dwa tygodnie temu w pewnym momencie znalazłam sie na ziemi z pulsującym bólem prawej nogi, w mojej głowie głębiły się tylko niecenzuralne wyrażenia. W tej chwili zachowuję się już bardziej pokojowo, ale nadal miewam napady rozgoryczenia całą tą sytuacją. Codziennie jednak z wielką pokorą znoszę fakt, że kule, są w tej chwili najbliższą mi rzeczą. Nie przychodzi mi to łatwo.

We wtorek dowiem się, ile jeszcze pokory, muszę z siebe wydobyć. Jeśli jednak lekarz nie zdecyduje o ściągnięciu mi tego gipsu, wolę nie myśleć co będzie dalej.

Nawet jak się siedzy w takim (jak to mówią francuzi) merde, jak jak obecnie, przyjemne rzeczy się zdarzają. W środę zostałam ponownie ciocią. Nie liczę który to już raz. Cieszę się tylko i mam nadzieję, że wyrośnie z tego szkraba świetny facet:)

r

 

19:38, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 grudnia 2010

Zamiast siedzieć nas moją pracą magisterską, postanowiłam pochylić się nad swoimi "erasmusowymi wypocinami". Z wielkim sentymentem wróciłam do tych notatek, wróciłam do Rovaniemi...

Od mojego powrotu do Polski minęło już pół roku. Przez ten czas zdarzyło się tyle, że czasami nawet nie jestem w stanie tego ogarnąć. Niedawno "rzuciłam" całe swoje dotychczasowe życie, postawiłam wszystko na jedną kartę i wyprowadziłam się do Sopotu. Tutaj wszystko zaczynam od nowa, starając się jednak nie zapomnieć o moich "szczecińskich zobowiązaniach". Jestem już tutaj ponad dwa miesiące, a czuję się jakbym przyjechała wczoraj. Te zimowe dni są tak krótkie, że ich nie liczę i zazwyczaj przebudzam się w sobotę o 6 rano, po omacku sprawdzając czy czas już wstawać do pracy. Właściwie tylko to wczesne wstawanie sprawia, że czasami mam chwile słabości i chciałabym wracać. Tylko wtedy zastanawiam się gdzie i do czego...bo tak naprawdę to czy jest coś lepszego niż to, co teraz mam? Mówi się, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma... i ja tak zawsze miałam. Właściwie nadal mam, ale zaczynam bardziej doceniać teraźniejszość mnie otaczającą i buduję swój świat wokół tego, co mam w tej chwili. Może czasami zatęsknię za swoimi "obieżyświatowymi" zapędami, ale życie na walizkach trochę mnie zmęczyło i teraz, kiedy mam gdzieś wyjechać na weekend, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby cieplej się ubrać i pospacerować po plaży, a potem wrócić do domu i pod kocem, z gorącą herbatką, nie przeleżeć całego popołudnia na mojej wielkiej i mięciutkiej kanapie.

Ostatnio Magda M. zapytała się mnie za co lubię Szczecin. Jest kilka takich rzeczy. Ona też ma swoje typy. Ja zaczynam stwarzać sobie swoją "Trójmiejską" listę. Na pierwszym miejscu nie znajdzie się komunikacja miejska, ale za to morze, moja praca i sąsiadki zajmą wysokie pozycje:)

r

21:18, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 września 2010
w rovaniemi dwa na plusie.

Dziś Jarno powiedział mi, że w Rovaniemi jest teraz około plus 2 stopni w ciągu dnia. W nocy temperatura spada poniżej zera...doceńmy więc nasze 'naście' ;)

Takie niskie wartości na termometrze i tak nie obrzydzają mi tęsknoty z tym miasteczkiem. Od kilku dni dostaję na fb zaproszenia od organizacji studenckiej, która organizuje imprezy dla nowych erasmusów...że mnie tam nie ma.

Dziś pierwsze starcie, jeszcze 3 przed nami. Na szczęście dzisiaj wyszłyśmy z tarczą, oby tak do końca.

 

Co jakiś czas zastanawiam się czy nie zakończyć pisania tego bloga. W końcu erasmus już za nami. Tylko, że tak sobie myślę, że to nigdy nie będzie za nami. I ja tego nie chcę i życie tego nie chce...

r

22:26, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
już sierpień.

Pamiętam jak przed Świętami Bożego Narodzenia nerwowo przygotowywałyśmy się do wyjazdu. Nie mam tu na myśli zaliczeń czy egzaminów, ani nawet tych wszystkich formalności związanych z Erasmusem. To właściwie ciągnęło się już od października i pod koniec grudnia wychodziło nam wszystkim uszami. Myślę o zakupach, pakowaniu i wszystkich spotkaniach towarzyskich, żeby się móc pożegnać przed wyjazdem. W końcu wyjeżdżałyśmy na cały semestr. Nasz pobyt w Rovaniemi szybko zleciał i teraz spotykając się z przyjaciółmi i znajomymi pierwszy raz po powrocie, zaczynam od opowiadania jak było. Powiem szczerze, że czasami zaczyna mi się to wszystko mylić...tzn. nie to co tam było, ale to co już komuś powiedziałam:) To taka moja, pewnie znikąd wzięta refleksja:)

Od dwóch dni mamy sierpień. Czas leci jak szalony, a w te wakacje jest mi on szczególnie cenny, mając w perspektywie wrześniowe egzaminy. Tegoroczne lato jest inne niż wszystkie dotychczasowe. Po raz pierwszy jestem całkowicie bezrobotna ( w głównej mierze z wyboru) i po raz pierwszy nigdzie nie wyjechałam z orkiestrą ( tęsknię za Grecją czy Włochami w towarzystwie koleżanek z orkiestry:)) Także, całkowicie bez planu żyję sobie wakacjami, co jakiś czas odwiedzając rodzinne Kaszuby. W przyszłym tygodniu kolejna wycieczka. Gdańsk znów mnie wzywa. Niedługo trasę Szczecin - Gdańsk będę znała lepiej niż rozkład 107 ;)  Wszystko wskazuje na to, że moje erasmusowe praktyki w Rovaniemi zamienię na posadę w pewnej Trójmiejskiej firmie. Pan B. miał rację mówiąc, że po powrocie z Finlandii wszystko ułoży się w sposób naturalny, bez żadnego napinania się i wymyślania, a pomimo kilkumiesięcznej nieobecności, nie zauważę dużej różnicy pomiędzy tym co zostawiłam, a tym co zastanę.

A teraz idę na rower. Ostatnio zarzuciłam moje sportowe hobby na rzecz hulania w Sopocie i w innych mniej lub bardziej atrakcyjnych miejscach. Oczywiście nie wyszło mi to na dobre, więc czas znów wziąć się do roboty.

r

18:35, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 lipca 2010
wielki dom. małe miasteczko. kaszuby.

Rower to zdecydowanie mój żywioł. Odkąd pamiętam jeździłam na rowerze co wakacje, a sezon zaczynalam, gdy tylko pogoda pozwalała. Mój pierwszy rowerek dostałam od wujka, przywiózł go z Wenezueli....Pamiętam, że był niebieski i mial wstążeczki przy białych rączkach kierownicy. Najbardziej jednak pamiętam dzień, kiedy musiałam go oddać, bo rodzice powiedzieli mi, że jestem już na niego za duża... Potem byla cała masa rowerów, ale żaden szczególnie nie utkwił mi w pamięci. No może poza jednym, który powstał (rękoma mojego taty) z dwóch rowerów. Historia była krótka, ja miałam biały rower, którego pewne częsci nie były sprawne, a mój brat czerwony, któremu też coś tam nie działało. Dzięki szalonemu pomysłowi mojego taty, ja i mój brat przez kilka lat mieliśmy jeden, wspólny rower. Od kilku lat mam już swój, ale aż do tego lata nie widziałam go nawet na oczy. Jakoś nie miałam nigdy okazji na nim pojeździć. Z resztą nie mam czego żałować, bo nie pierwszej świeżości damka z domieszką różu nie zrobiła na mnie powalającego wrazenia...wolę rower mojego brata ;) I pomyślec, że w tym roku wszystko zaczęło się od volvo z Rovaniemi ;)

Co roku (odkąd pamiętam) jeżdżę na Kaszuby. Tutaj ma m prawie całą rodzinę, a przynajmniej tę część, z którą utrzymujemy kontakty. W związku z moim wielkim zamiłowaniem do jazdy rowerem, tutaj też mam na czym jeździć. Z resztą, to miasteczko jest moim idolem, jeśli chodzi o ilość ścieżek rowerowych. Uwielbiam tutaj jeździć (oczywiście mój las w Policach wygrywa wszystko:)). Wczoraj, korzystając z okazji, że od środy jestem sama, wybralam się na dłuższą przejażdżkę( przyda mi się dużo, dużo, dużo sportu:)). Po godzinie, byłam lekko, ale za to pozytywnie zmęczona, więc z satysfakcją wróciłam do pustego domu. Przepraszam, pies na mnie czekał:)

W środę odwiozłam swoją kuzynkę do Gdańska na lotnisko. Właściwie to oni sami się zawieźli, ja odstawiłam samochód z powrotem do domu, po drodze zahaczając o jedną z Gdańskich galerii handlowych i obowiązkowo o moje szwedzkie eldorado (czyt. IKEA) :) Jestem więc tutaj sama z psem, w wielkim domu, w małym miasteczku na Kaszubach ;) Jest jeszcze wspaniała ciocia, do której właśnie idę, bo znając ją ma już pewnie tysiąc pomysłów na dzisiaj i wszystkie trzeba wcielić w życie przed popołudniową kawą:)

r

10:42, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 lipca 2010
kaszuby.więcej mi nie trzeba.

W czwartek wieczorem (a może to był już piątek) postanowilam, że w niedzielę jadę do Kościerzyny. Mój brat mial rację, kiedy krótko po moim powrocie z Rovaniemi stwierdził, że niedługo i tak gdzieś wyjadę. Taka już moja natura. Nie mogę siedzieć w miejscu. Krótki telefon do kuzynki, wyciągnięcie walizki , research w szafie i właściwie byłam gotowa do wyjazdu.

W sobotę Bartek spił mnie niemiłosiernie. A może to moja wina ;] Oczywiście jak zwykle wydawlo mi się, że wszystko ze mną ok, ale pewnie wracałam do domu lekko 'zawiana' ;) Mama, przejęta moim wyjazdem, próbowała zająć mnie jakimiś dyskusjami, ale ja wolałam swoją piżamę i butelkę wody :) Zdecydowalam, że pojadę późniejszym pociągiem, bo nie moglam zwlec się z łóżka, ale spać nie mogłam już od wczesnego ranka. Dzień był upalny, a w pociągu masa ludzi...wyobraźcie sobie podróż, podczas ktorej czujecie jeszcze poprzedni dzień, a powietrze którym oddychaceie jest ciężkie i gorące...

Koniec końców, jestem już w miejscu, gdzie zawsze wracam z wielką chęcią. Od zawsze kojarzy mi się ono ze spokojem i zupełnie innym rytmem życia. Tutaj mam czas na wiele rzeczy. Tym razem jestem tutaj jednak z innych, niż zawsze powodów. Liczę, że wszystko się jakoś ułozy.

r

17:40, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 czerwca 2010
koncert.gardło.rower.

Już po koncercie. Tym razem poszło bardzo szybko i bez większych problemów. O tym, że niedługo koniec, zdałam sobie sprawę na 3 utwory przed końcem. Nigdy tak szybko nie zagrałyśmy jeszcze żadnego koncertu...a może mi się tylko tak wydawało...

Po koncercie jak zwykle "zastawianie stołów". Tym razem w bardziej kameralnym gronie. Mam wrażenie, że z roku na rok coraz bardziej. Gdy zabawa zaczęła się rozkręcać Pan Jan oznajmił, że musi uciekać, żeby zagłosować (wątpię , że w pół godziny zdążył ;)). Pozostało nam przenieść się do innego miejsca. Trafiłyśmy do Vis a Vis, gdzie spędziłyśmy kilka godzin. Potem każda z nas poszła w stronę swojego autobusu i jeden z najważniejszych dni w roku oficjalnie się skończył. Oby do następnego roku...

 

Dziś przyszła paczka z moimi rzeczami, które zostawiłam w Rovaniemi. To zaledwie część tego co tam zostawiłam, ale już więcej "dostaw" nie przewiduję. Na tych paczkach można nieźle zbankrutować ;)

Moje rovaniemskie volvo zamieniłam na rower mojego brata. Mój użyczam kuzynce i tak sobie jeździmy po polach i lasach ( dzięki Ci Panie za tę moją puszczę:)) Teraz moja kuzynka uczy się pilnie do sesji, więc nie mam serca jej tak wykorzystywać, ale sama jeździłabym codziennie...i gdyby nie to, że siedzę sobie teraz na antybiotyku, to hasałabym swoim starym zwyczajem tu i tam. Ostatnio kupiłam sobie nawet karnet na basen, ale z chlapania się w wodzie też nici, bo z zawalonym gardłem nie będę się nigdzie pchała. I weź tu człowieku uprawiaj jakieś sporty... ;)

r

13:23, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 czerwca 2010
sprawozdanie.

Przed wyjazdem na erasmusa masz to załatwienia mnóswo spraw. Od czysto formalnych, związanych z rekrutacją na wyjazd, przez podania o IOS czy zaliczanie przedmiotów, po czysto praktyczne, związane już z kupieniem biletu, odpowiednich ubrań, etc. Generalnie wszystko trzeba robić na bieżąco i równolegle, bo terminy gonią i nie ma czasu na odkładanie czegokolwiek. Jeśli o czymś się zapomni, może być nieciekawie... My na organizację naszego wyjazdu miałyśmy niecałe 3 miesiące. Podczas tego czasu, niezliczoną ilość razy bywałyśmy w rektoracie,dziekanacie i u każdego ćwiczeniowca i wykładowcy. Po załatwieniu wszystkich formalnych spraw, przyszła pora na zakupy i pakowanie...myślałam, że to koniec z uczelnianą biurokracją...do czasu... Odkąd przyjechałam, 'koszmar' w postaci druczków, podań, ankiet itp. rozpoczął się na nowo. Znaczna część już za mną, ale w tej chwili mam do wykonania bardzo ważne zadanie. Muszę napisać sprawozdanie z naszego wyjazdu. W sumie wzięłam to na siebie, zapewniając Magdę, że dam radę, ale nie przypuszczałam, że będę się nad tym tak 'modliła'...;] Pani w rektoracie nie określiła formy tego sprawozdania, więc tym bardziej jestem confused.       I tak, zamiast pisać sprawozdanie, postanowiłam napisać coś tutaj. Znacznie lepiej mi to idzie. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze, więc jakoś to sprawozdanie muszę stworzyć. Podobno mają to być wskazówki dla przyszłych studentów, wyjeżdżających do Rovaniemi. Takich wskazówek nawet 'Lonely planet' nie opracowałoby w należyty sposób, bo każdy jadąc do Rovaniemi, znajdzie w tym mieście coś innego. Tzn, dla każdego inna rzecz będzie stanowiła problem, a jeszcze inna będzie interesująca. Poza tym jak na jednej czy też dwóch stronach opisać mam 5 miesięcy swojego życia tam? Ech, życie... Zabieram się więc do pracy i już nie marudzę. ;)

r

12:01, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
life is life.

Czas, a raczej jego upływ pokazuje nam jak bardzo nasze plany mogą ulec zmianie. Nic nie jest pewne, bo pewna jest tylko śmierć i podatki jak mawiał Benjamin Franklin. Fakt, podatki są pewne...ale to dopiero we wrześniu...;) Jeszcze do piątku wizja powrotu do Rovaniemi była więcej niż pewna. W moich myślach pielęgnowałam ideę robienia praktyk w miejscowym Arktikum i to niejednokrotnie utrzymywało mnie w przekonaniu, że moja przygoda z Erasmusem jeszcze się nie zakończyła. Wprawdzie orkiestra i spotkania z przyjaciółmi, pozwalają mi uniknąć post erasmus breakdown, jednak co jakiś czas czuję, że wolałabym być tam, nie tutaj.

W piątek moje plany życiowe uległy pewnej zmianie. Powiedziałabym, że bardzo dużej. Jak na razie, nie wiem jak to się wszystko potoczy, ale decyzję już podjęłam i będę niestrudzenie dążyć do jej realizacji. Wiem, że szanse dane nam w życiu są bardzo ważne i nie wolno ich marnować, bo lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż że się tego nawet nie spróbowało...

r

22:51, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 czerwca 2010
Oto Polska właśnie.

Poprzednią notatkę napisałam w dniu wyjazdu z Rovaniemi. Na resztkach baterii, starałam się coś wykrzesać ze swojego sfatygowanego już laptopa. Co jakiś czas łapiąc dostęp do Internetu, łudziłam się, że komputer mi nie padnie. Jednak padł. W przedziale nie było gniazdek, więc dałam sobie spokój.

W pociągu przespałam może pół godziny, w dodatku tuż przed czekającą nas zmianą pociągu w Tampere. W następnym, całą podróż przegadałam z Moniką. O 8.30 wylądowałyśmy na śniadaniu, żeby potem obmyślić plan spędzenia całego dnia w Turku. Na szczęście pogoda dopisała. Pół dnia spędziłyśmy na ławce nad rzeką, opalając się i rozmawiając z zaczepiającymi nas ankieterami z Amnesty International. Dzień minął dość miło i spokojnie. O 16 byłyśmy już na lotnisku. Terminal 2 w Turku okazał się być długim drewnianym barakiem, ze sklepikiem wielkości mojego pokoju. Samolot się lekko spóźnił. Po 20 minutach od przylotu z Gdańska, wyruszył z nami na pokładzie z powrotny rejs. Nie powiem, że należę do fanów latania, ale za każdym razem staram się wtopić w broszurkę albo jakąkolwiek gazetkę, żeby tylko nie myśleć o wzbijaniu się w powietrze. Po nieco ponad godzinie lotu znaleźliśmy się w Gdańsku. Polska przywitała mnie niezłą ulewą i dość niską temperaturą. Wyjeżdżają z Rovaniemi myślałam ,że jadę na kolejną wycieczkę. W końcu kilka ich było. Jednak po wylądowaniu w Polsce, poczułam, że to nie wycieczka, a powrót…do czego i kogo, jeszcze się zobaczy.

 

 

Od wtorku jestem już w domu. To jednak cały czas dla mnie dziwna sytuacja. Do tej pory Rovaniemi było moim domem. Pomimo tego, że to był tylko Erasmus, od początku traktowałam to miasto jako mój dom. Dom jest w końcu tam gdzie jestem ja, zawsze to sobie powtarzam. Tylko jakoś trudno mi to teraz wcielić w życie. Wiem, że niektórym może się to wydać głupie, bo to zaledwie parę miesięcy, ale z drugiej strony człowiek przez ten czas prowadził zupełnie inne życie…trudno tak o tym zapomnieć, czy machnąć na to ręką. Z jednej strony mam wrażenie jakby się nic nie zmieniło, mój pokój, dom, miasto…z drugiej strony czuję się trochę jak niepasujący do niczego element, który szuka miejsca, aby je sobą wypełnić. Tłumaczę sobie to wszystko tym, że musi upłynąć trochę czasu. Póki co powracam powoli do swoich poprzednich obowiązków, zajęć…do ‘przederasmusowego’ życia. Wiem, że na pewno nie będzie takie jak przedtem. Erasmus w każdym coś zmienia. U jednych mniej , u drugich więcej, ale na pewno w każdym coś. To kwestia tego, jak bardzo chcemy, albo też jak bardzo potrzebujemy tych zmian…

 

r

20:57, rowerza75euro
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5